Kościół misyjny

Drodzy, z okazji niedzieli "Ad Gentes" proponujemy kilka migawek z życia i pracy misjonarzy na Wschodzie: na Litwie, na Białorusi, na Ukrainie i w Rosji.

Litwa

Dobrze mi się tu pracuje
Marta Deka

Ks. Wojciech Górlicki od osiemnastu lat przebywa na Wileńszczyźnie. W tym czasie pracował w trzech parafiach. Był też świadkiem zachodzących tu przemian.Urodził się 5 czerwca 1965 roku w Szydłowcu. Tam skończył szkołę podstawową, a później Technikum Samochodowe w Radomiu. Był alumnem Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu i Radomiu.

Święceń kapłańskich w 1990 roku udzielił mu bp Edward Materski. Przez rok był wikariuszem w Ostrowcu Świętokrzyskim. Później swój los związał z Wileńszczyzną. Gdy pierwszy raz przekraczał granicę, czuł niepewność. Zastanawiał się, jak to będzie. Ale chciał tutaj pracować. – Nie wyznaczałem sobie wtedy celów, ale chciałem gdzieś być potrzebny. Zastanawiałem się, jak to będzie w nowej parafii. Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, Wilno to było zupełnie inne miasto. Zniszczone kościoły – to był przygnębiający obraz. Ale w tym smutnym krajobrazie było widać, że odnawia się życie Kościoła – mówi ks. Wojciech Górlicki.

Pierwsze kroki
– Gdy byliśmy diakonami, bp Edward Materski powiedział nam, że jest taki plan Episkopatu, że każda diecezja wyśle pięciu księży na Wschód. Wtedy się zgłosiłem. Powiedziałem, że po święceniach mogę tam pojechać – mówi ks. Wojciech. Zaraz po święceniach został wikariuszem w Ostrowcu Świętokrzyskim na Rosochach. Po roku pracy bp Materski spytał go, czy podtrzymuje swoją decyzję o wyjeździe. Powiedział, że tak.

Po raz pierwszy do Wilna pojechał z bp. Aleksandrem Kaszkiewiczem i pochodzącym z naszej diecezji, a wtedy pracującym w Wilnie ks. Romanem Kotlimowskim. W wileńskiej kurii poinformowano go, by wrócił do Polski i zgłosił się ponownie za miesiąc. – Wróciłem jeszcze wtedy do domu, do parafii. Wyjechaliśmy z młodzieżą w Bieszczady i w Tatry. Po miesiącu przyjechałem pociągiem do Wilna z plecakiem. To był koniec lipca – wspomina ks. Wojciech. Poszedł do kurii i dowiedział się, że będzie wikariuszem w Ejszyszkach.

Ejszyszki to sześciotysięczna miejscowość położona na samej granicy z Białorusią. Gdy ks. Wojciech zaczynał tam pracę, granica z Białorusią była niestrzeżona, nie było przejść granicznych. Zresztą część parafii znajdowała się na Białorusi. – Mieliśmy tam kaplicę, do której dojeżdżaliśmy każdej niedzieli, bo to kiedyś była jedna parafia – wspomina ks. Górlicki. W Ejszyszkach mieszkają praktycznie sami Polacy. Ludzie są bardzo przywiązani do Kościoła i tradycji. – Gdy tam pracowałem, to były czasy przełomu. Rok 1991. Blokada radziecka. Nie było paliwa. W sklepach pustki. Później dla ludzi rozpoczął się czas handlu, szybkiego dorabiania się i biznesu. Wtedy to był jeszcze taki dziki biznes. Ale ludzie sobie z tym wszystkim jakoś radzili, jakoś się odnajdywali. Rosyjskie ruble zmieniały się na litewskie talony, a później litewskie lity – wspomina ks. Wojciech.

Historyk sztuki
W 1996 roku ks. Wojciech został proboszczem w Szumsku, pięciotysięcznej parafii, można powiedzieć z dwoma centrami. – Szumsk to parafia ze starym kościołem podominikańskim, ale na jej terenie znajdują się Kowalczuki. W tej miejscowości rozpoczęta była budowa kościoła. Dzięki pomocy bp. Edwarda Materskiego mogła zostać sfinalizowana. Bp Materski jako pierwszy odprawiał w tym kościele Mszę św., jeszcze na budowie. W 2000 roku odbyła się konsekracja świątyni. Ale podczas budowy zdarzył się wypadek. – Przygniotło mnie półtora tony marmuru. Miałem złamaną nogę i rękę. Jak to się stało? Oczywiście z braku doświadczenia. Ładowano na samochód marmur potrzebny na posadzkę w prezbiterium. Płyty marmuru były ustawione w stożek. Jeszcze nie zabezpieczone. Samochód się bujnął i marmur zaczął powoli spadać. Stałem na samochodzie, miałem dużo czasu i dużo miejsca, żeby uciec, ale przez chwilę pomyślałem: jaka szkoda, potłucze się! I próbowałem go zatrzymać. To był moment. Ani nie zdążyłem uciec, ani nie miałem szans, żeby go zatrzymać.

Załadunek spadł na mnie, ale dzięki Bogu ja spadłem też z samochodu. Miałem złamaną nogę i rękę. Leżałem w szpitalu, byłem operowany, później przeszedłem rehabilitację w sanatorium, ale wszystko dobrze się skończyło. Gdy wyszedłem ze szpitala jeszcze o kulach, bo prawie trzy miesiące chodziłem o kulach, zadzwonił do mnie bp Tunajtis. Powiedział, że chce mnie przenieść do parafii Turgiele. Powiedziałem wtedy, że mogę przejść, tylko że na razie nie chodzę, więc mogę dopiero za miesiąc czy dwa. Biskup na to: no to cię nie przeniesiemy do Turgiel, tylko zostaniesz jeszcze w Szumsku. I chyba dzięki temu jestem w Nowej Wilejce, bo gdybym wtedy nie miał złamanej nogi, to byłbym w Turgielach – dziś z uśmiechem wspomina tamto wydarzenie ks. Wojciech.

Gdy udało się ukończyć budowę kościoła w Kowalczukach, dostrzegł, że ma dużo wolnego czasu i zastanawiał się, co z tym czasem zrobić. Wtedy przyszło mu do głowy, by rozpocząć studia. Do Szumska zaczęli przyjeżdżać historycy sztuki i uczyli ciekawego patrzenia na Wilno. Bardzo mu się to spodobało. W październiku ubiegłego roku ukończył Historię Sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Bliżej Wilna
Rok po wypadku ks. Wojciech dostał od kard. Audrysa Bačkisa propozycję przejścia do parafii Matki Bożej Królowej Pokoju w Nowej Wilejce, aby tworzyć parafię i zająć się remontem kościoła i budynku parafialnego. Zgodził się. Obecnie Nowa Wilejka to już dzielnica Wilna. Do centrum miasta jest około 10 km. Parafia liczy 35 tysięcy mieszkańców, z czego katolików jest ok. 25 tysięcy, w tym 70 procent stanowią Polacy. Dziś kościół i dom parafialny w Nowej Wilejce są już odnowione.

Spaceruję wokół kościoła, mijam ludzi zatopionych w modlitwie przy kaplicach różańcowych. Panuje tu niczym niezmącony spokój. Naprawdę można odpocząć. Ks. Wojciech Górlicki w domu parafialnym opowiada o historii tego miejsca. – W czasach carskich mieścił się tu szpital psychiatryczny. W okresie międzywojennym tu stacjonowało wojsko polskie, m.in. 13. Pułk Ułanów. W budynku, w którym jesteśmy, była żandarmeria wojskowa. Żołnierze zaczęli budować świątynię. To miał być kościół garnizonowy pw. św. Stanisława Kostki. Jednak nie skończyli budowy, bo wybuchła wojna. Po wojnie cały ten teren przejął szpital. Budynek nieskończonego kościoła był użytkowany jako warsztat, skład wina oraz magazyn. Jednym słowem – niszczał coraz bardziej. Siedem lat temu szpital przekazał te dwa budynki, czyli budynek kościoła i domu parafialnego diecezji. Ksiądz kardynał stworzył tutaj nową parafię. Jestem już sześć lat jej proboszczem. W 2005 roku odbyła się konsekracja kościoła. Dom parafialny udało się odnowić.

Zapraszam
Ks. Wojciech Górlicki od 18 lat przebywa na Wileńszczyźnie. Oprócz tego, że pełni funkcję proboszcza w Nowej Wilejce, jest też członkiem Rady Kapłańskiej i Rady do spraw Budownictwa Sakralnego oraz spowiednikiem w seminarium. Chce pozostać na Wileńszczyźnie. – Dobrze mi się tutaj pracuje. Ludzie są bardzo serdeczni i bardzo gościnni. Mam tu wielu przyjaciół – mówi.
Ks. Wojciech zaprasza Polaków do odwiedzenia Wileńszczyzny. – Piłsudski kiedyś mówił, że Rzeczpospolita jest jak obwarzanek. To, co najsmaczniejsze, jest na obrzeżach. Myślę, że Wilno to jest taki brzeg tego obwarzanka dawnej Rzeczypospolitej i ktoś, kto uczy się historii Polski, nie może jej poznać bez zapoznania się z historią takich miejsc jak Wilno. Myślę, że wszyscy powinni poznać historię tego pięknego miasta. Dlatego zapraszam rodaków do odwiedzenia Wilna, a jednocześnie proszę, by nie dziwili się, że tu tak dużo osób mówi po polsku.

 

Białoruś

Misjonarz z Trójmiasta na Białorusi
Powiedzieć, jak wierzyć

Ks. Andrzej Bulczak o misjach marzył od dziecka. Na Białoruś – gdzie pracuje obecnie – wyjeżdżał aż dwa razy.

Ks. Sławomir Czalej: Dlaczego wybrałeś właśnie Białoruś?

Ks. Andrzej Bulczak: – Pierwsza myśl, żeby akurat tam pracować, pojawiła się podczas Europejskiego Spotkania Młodych Taizé we Wrocławiu w 1995 r. Pojechałem tam z moim kolegą z seminarium ks. Rafałem Dettlaffem, wówczas klerykiem. Tam też spotkaliśmy grupę dzieciaków z Nowogródka z nazaretanką, siostrą Renatą Sokołowską, która sama pochodzi z Gdańska. Na zaproszenie siostry pojechaliśmy z Rafałem do Nowogródka na wakacje; udało nam się też zawieźć transport – dużego jelcza – z pomocą. Od tego momentu wyjeżdżałem na Białoruś kilka razy do roku. Pod koniec mojego pobytu w seminarium (ks. Andrzej otrzymał święcenia kapłańskie w 2000 r. – przyp. S.Cz.), doświadczając wcześniej naocznie braku kapłanów, postanowiłem, że właśnie tam chciałbym pojechać. Kiedy abp Sławoj Leszek Głódź wyraził zgodę na mój wyjazd, pojechałem do diecezji witebskiej, kierowanej przez biskupa Władysława Blina, do parafii Przemienienia Pańskiego w Czasznikach.

Ale dojechałeś jedynie do granicy. Jaki był tego powód?
– Pierwszy wyjazd rzeczywiście tam się skończył. Jechałem do diecezji mińsko-mohylewskiej. Okazało się, że władze Białorusi nie zgodziły się na mój pobyt i nie otrzymałem wizy. O tym fakcie dowiedziałem się dosłownie na przejściu granicznym. Wróciłem i przez dwa i pół miesiąca byłem wikariuszem w Rumi-Zagórzu.

Opowiedz o doświadczeniu pierwszych miesięcy.
– Jest to zupełnie inny Kościół. Tym bardziej, że pracuję na terenach, które nie należały do Polski przed II wojną światową. W mojej parafii nie było księdza przez 130 lat! Parafia katolicka została tam rozwiązana w 1868 r. Kościół został przekazany braciom prawosławnym, w czasach sowieckich był tam spichlerz, a w 1964 r. budynek został zburzony doszczętnie. Tak się pięknie złożyło, że swoją pierwszą Mszę św. odprawiałem dokładnie w 8. rocznicę wizyty kapłana, który w jakimś domu mieszkalnym odprawił Eucharystię pierwszy raz po tylu latach. Parafianie odczytali to jako swoisty znak; od czasu tamtej Mszy św. modlili się o kapłana. Na pierwszej Mszy było 26 osób, później 50 i tak liczba powoli wzrasta. Ponadto ludzie widzą, że coś się zaczyna dziać wokół kaplicy. Przychodzą, pytają. Takim poruszającym momentem było przygotowywanie pierwszej szopki na zewnątrz. Podszedł milicjant w mundurze. Pomyślałem, że chce załatwić jakieś urzędowe sprawy. On tymczasem poprosił o spowiedź. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Wieczorem przyszedł jeszcze z kolegą milicjantem na Pasterkę. Takich momentów jest dużo.

Rozumiem, że organizujesz życie parafialne od początku. Masz na przykład księgi chrzcielne?
– Niby księgi istnieją, bo księża tam przedtem dojeżdżali, ale są w nich wielkie braki. Rzeczywiście trzeba zaczynać od początku. Ludzie nie potrafią się modlić. Tłumaczę więc istotę sakramentów, modlitwy, nabożeństw. Msze odprawiam już po białorusku. Kazania nadal mam po rosyjsku.

Czy białoruski jest trudnym językiem?
– Bardzo podobnym do polskiego. Rozumiem go już, ale nie mówię jeszcze na tyle swobodnie, żeby głosić w nim homilie. Zresztą ludzie między sobą też mówią po rosyjsku.

Śluby?
– Jeszcze nie miałem. Po latach przymusowej ateizacji jest to problem. Rozmawiałem z pewnym panem, jego żona jest katoliczką, a on sam przychodzi codziennie do kościoła. Powiedział mi, że w wieku 14 lat wstąpił do pionierów i powiedział, że to nie jego wina, że jest niewierzący. Że za modlitwę można było zostać ukaranym, stracić pracę. Powiedział, że on po prostu nie potrafi, nie wie, co zrobić, żeby uwierzyć. Zresztą do kościoła często przychodzą osoby nieochrzczone. Jedna z moich parafianek – 71 lat – ochrzciła się 5 lat temu. Dzisiaj jest bardzo zaangażowana w życie parafii. Na Białorusi zmieniła mi się optyka patrzenia. Kiedy w Polsce na Mszy nie ma kilku osób, to nawet nie jesteśmy w stanie tego zauważyć. Tam cieszę się z każdej nowej osoby.

Plany?
– Mamy piękny teren wokół kaplicy. Chcę go zagospodarować, żeby mieszkańcy mogli przyjść. Myślę o jakiejś działalności kulturalnej. Może plac zabaw dla dzieci?

Czy jesteś w stanie się utrzymać?
– Kolekta z niedzieli wynosi równowartość10 dolarów. Wystarcza na opłacenie prądu. Ludzie dzielą się ze mną tym, co posiadają. Ubóstwo jest tam o wiele większe niż w Polsce, choć ceny są porównywalne. Nie ma co mówić o pieniądzach. Cieszę się z faktu, że przygotowuję troje dzieci do Pierwszej Komunii św.

***
Ks. Andrzej Bulczak pracował wcześniej jako wikariusz w parafii św. Józefa w Gdyni-Leszczynkach. Był katechetą w Zespole Szkół Chłodniczych i Elektrotechnicznych w Gdyni, a także pełnił funkcję Diecezjalnego Duszpasterza Służby Liturgicznej. Strona internetowa parafii: www.chashniki.eu. Księdzu Andrzejowi można pomóc materialnie: Andrzej Bulczak, mBank – Bankowość Detaliczna BRE Banku SA, 07 1140 2004 0000 3902 3287 6620, z dopiskiem: Czaszniki.

 

Ukraina

Rimskij Papa przegnał chmury
Marcin Jakimowicz

Lało jak z cebra. Przemoczony Papież spojrzał w niebo i zaintonował: „Nie lij dyscu, nie lij”. I nagle nad potężnym lwowskim osiedlem Sichów rozbłysło słońce. Po ośmiu latach ludzie na tym 250-tysięcznym blokowisku pamiętają tę piosenkę.

Trzysta tysięcy młodych z niepokojem zadarło głowy do góry. Nad Lwowem kłębiły się czarne chmury. – Drodzy przyjaciele! Papież was kocha i patrzy na was jako na stróżów nowego poranka nadziei! – wolał Jan Paweł II. Stał na lwowskim blokowisku Sichów. Otaczał go las potężnych szarych bloków. Zrobiło się chłodno. Nagle lunęło. – Deszcz pada, to i dzieci będą rosły – zażartował przemoczony Papież. Popatrzył w niebo i zaintonował: „Nie lij dyscu, nie lij, bo cię tu nie trzeba”. Młodych zamurowało. Rimskij papa w takim repertuarze? I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Zza ciemnych chmur wyszło słońce.

Płakaliśmy jak bobry
Tę „deszczową piosenkę” ludzie na Sichowie wspominają do dziś. Ogromna większość z nich kościoły i cerkwie omija szerokim łukiem. Jak na dłoni widać, jakie spustoszenie uczynił tu komunizm. Ale 8 lat temu w czasie papieskiej pielgrzymki obok siebie stali zgodnie grekokatolicy, katolicy, prawosławni. Młodziutka Marta Dzierżanowska czytała wtedy modlitwę wiernych. Odwiedzamy ją w jednym z wysokościowców. – Modliłam się wtedy za młodzież. Niesamowite przeżycie. Gdy Papież przyjechał, ludzie płakali jak bobry… Ks. Jacek Kocur przyjechał do Lwowa ze Śląska miesiąc po Papieżu. Od lat myślał o pracy na Wschodzie. Zastał osiedle przebudzone. Ludzie jeszcze żywo dyskutowali o wizycie Papieża. Przemieniła to osiedle. Na chwilę.

W starej leśniczówce Potockich ks. Jacek urządził niewielką kaplicę. Patronuje jej sam Michał Archanioł. Od razu zapełniła się ludźmi. Teraz ks. Jacek buduje dla tutejszych katolików kościół. Nie pyta o narodowość. A zresztą jej określenie jest tu niezwykle trudne. Są Polacy, którzy mówią tylko po ukraińsku i Ukraińcy śpiewający jak z nut polskie pieśni. – Najlepiej tę sytuację oddaje telefon, który ostatnio odebrałem – opowiada ks. Jacek. – Słyszę męski głos: Czy pochowa ksiądz mojego ojca? Tak – odpowiadam – A kiedy pogrzeb? – Nie wiem, bo tata jeszcze żyje. I facet zaczyna opowiadać po ukraińsku: Jesteśmy Polakami. Mój 90-letni ojciec chce być pochowany w naszym obrządku. – Czy tata się spowiadał? – Nie, nigdy. – A przyjmował Komunię? – Nie... On nigdy nie był w kościele. A jednak ten człowiek był przekonany, że musi mieć katolicki pogrzeb!
Blok wschodni
Kibice GKS Tychy wywieszają na stadionach flagę: „Chuligani z miasta sypialni”. Jaki transparent powinni wywiesić młodzi z Sichowa, którzy biegają na mecze Karpat Lwów? To tak jakby na jednym osiedlu zgromadzić mieszkańców Tychów i Jastrzębia. Rzadko odwiedzają cerkwie i kościoły. W bloku, gdzie mieszkały służebniczki śląskie, prawdopodobnie do kościoła nie chodziła ani jedna osoba. To przyjeżdżającym tu Polakom nie mieści się w głowie… Kilkanaście lat temu ogromny zbór postawili tu protestanci. – Kiedyś wszyscy budowali ogromne budowle, bo liczyli, że po upadku komunizmu wszyscy nagle się nawrócą – uśmiecha się ks. Jacek. – Dziś wiemy, że to się nie stanie. Dlatego rok temu, w rocznicę śmierci Jana Pawła II, zaczęliśmy budowę niewielkiego kościoła.

Dla tych, którzy chcą tu przychodzić. Ziarno zostało już zasiane. Na tym osiedlu, które miało być wzorcową, wypraną z wartości komunistyczną sypialnią, kiełkuje wiele cerkwi, kościołów. Tak, jakby ludzie zrozumieli, że już się dalej bez Boga nie da żyć… – Zanim na osiedlu powstała kaplica, musieliśmy biegać aż do katedry – opowiada Marta Dzierżanowska. – Parafia początkowo gromadziła jedynie Polaków. Do dziś zresztą na Ukrainie pokutuje stereotyp, że Kościół rzymskokatolicki to Kościół polski. Na szczęście to się zmienia… Co mnie zdumiało? Wiele młodych ludzi! To nie był kościół staruszek. Ta parafia od razu tętniła życiem. Kiedyś, gdy chodziłam do szkoły, koledzy mówili: Marty nie ma w szkole, bo są polskie święta. Oj, nie było łatwo świętować Boże Narodzenie wcześniej niż moi koledzy! Wracałam po Pasterce do domu, a rano musiałam zrywać się o świcie na zaliczenie z języka ukraińskiego. Wielu moich kumpli katolików spędzało Wigilię z podręcznikami w rękach. Innym razem w Wigilię wróciłam do domu o 9 wieczorem, bo miałam jakieś ważne zajęcia na uniwerku.

Uciekać, dżdżownica!
Uaaaaaaa!!! Ksiądz Jacek bierze dżdżownicę do ręki, a gromadka dzieci z wielkim piskiem ucieka przed tym „lobakiem”. Ta parafia tętni życiem. Dwie malutkie klitki parafialnej kaplicy zamieniono kilka lat temu na przedszkole. Prowadzą je służebniczki śląskie. Gdy jedna z nich ruszyła kiedyś rowerem na ulice Sichowa, we Lwowie zamarł ruch uliczny. – Ludzie na mój widok zgłupieli – łobuzersko uśmiecha się „winowajczyni” s. Ewodia. – Oni są przyzwyczajeni do tego, że greckokatolickie mniszki siedzą ukryte w klasztorach. Zobaczyli mnie na rowerze i zamurowało ich. Kierowcy przystawali, żegnali się, niemal klękali. Musiałam wrócić, by nie spowodować gigantycznego korka…
Siostry odmawiają z maluchami Różaniec. Po ukraińsku. – Do 2011 mamy już komplet w ochronce. Ledwo się maluch rodzi, a rodzice już go do nas zapisują – uśmiecha się ks. Jacek. Do siedzącej przy prezbiterium zakonnicy przytula się dwoje dzieci. Brat z siostrą. Ich rodzice wyjechali do Stanów i zostawili dzieci schorowanej babci. Czy jeszcze je zobaczą? Wrócą zza oceanu? Bóg raczy wiedzieć… – Dzieci, które przez cały dzień uczą się i bawią z siostrami, wracają do domów i katechizują rodziców – śmieje się ks. Jacek. – Kiedyś podszedł do mnie jeden z ojców: Aleście to dziecko wychowali! Teraz przed każdym posiłkiem musimy się w domu modlić. Dotąd modliliśmy się jedynie raz w roku – śmiał się.

Lwowska fala
Zaczyna się katecheza dorosłych. Niebawem przyjmą chrzest. W salce Jurij i jego syn Władek uczą się katechizmu. – Jeden z przygotowujących się do chrztu mężczyzn westchnął kiedyś: Księże, proszę zrozumieć. Nam jest bardzo ciężko wierzyć. Tyle razy nas już w życiu oszukano… – opowiada ks. Kocur. – Moje zada-nie? Nie zniechęcać tych ludzi. Pielęgnować ich wiarę. Tu, na Wschodzie, rzadko widzimy owoce swej pracy. Proboszcz jednej z podkarpackich parafii aż 12 lat czekał na to, by pierwsza rodzina przyszła do kościoła ochrzcić dziecko. Sporo księży zauważyło, że tu ludzie do kościołów napływają na zasadzie fali. Jest przy-pływ – jakiś człowiek chodzi do kościoła przez dwa miesiące dzień w dzień. A potem, w czasie odpływu nie widzisz go przez dłuuugie miesiące. Oj, nie jest to wesoła lwowska fala. „Robię swoje”, czekając na ten przypływ – opowiada ks. Jacek. – Praca na Ukrainie uczy cierpliwości. Sichów to osiedle, na którym trzeba dziesiątki tysięcy ludzi przyciągnąć do Boga. Dlatego zacząłem odprawiać Msze również po ukraińsku. To rzecz nie do pomyślenia w wielu wioskach. Tam, gdy księża przechodzili na ukraiński, wywoływali ogromne protesty polskich nacjonalistów.

Przyjechaliśmy do lwowskiej parafii w dniu eksperymentu. Maluchy z tutejszej ochronki są przejęte. Po raz pierwszy w życiu mają zostać w przedszkolu na noc. – Kto będzie płakał za mamą? – pyta siostra. Nikt się nie zgłasza, udają twardzieli. Siostra parzy im na dobranoc melisę. Dzieci są tak podekscytowane, że nie wiadomo, czy zasną. Mamy nocować w sąsiednim pokoiku. Czy zmrużymy oczy? Na szczęście, gdy po godzince wchodzimy do ochronki, dzieciaki śpią jak susły. Widać, że czują się tu jak w domu. Czy tak samo będą się czuły w kościele, który stanie kilkanaście metrów dalej? Na blokowisku, na którym sam Rimskij Papa piosenką rozegnał czarne chmury?

***
Chcesz wspomóc budowę lwowskiego kościoła? Wpłać pieniądze na konto:
Parafia NMP Wodzisław Śląski,
ul. Kościelna 1
21 10202472 0000640201252675

 

Rosja

Utworzą centrum miłości
Andrzej Capiga

Przez sześćdziesiąt lat nie widzieli katolickiego księdza! Teraz obecne władze Rosji nie chcą zwrócić Polakom świątyni wybudowanej staraniem styczniowych zesłańców, a za możliwość odprawienia Mszy św. kazały sobie do tej pory słono płacić.

Ks. Grzegorz Zwoliński pochodzi z Łagowa. Do parafii św. Józefa w Nisku został zaproszony przez ks. Franciszka Grelę, do niedawna proboszcza w swojej rodzinnej miejscowości. Mówił o misyjnej pracy w Rosji. Zbierał też pieniądze na utrzymanie parafii w Kirowie.

– Po ukończeniu seminarium – wspomina ks. Grzegorz – przez cztery lata byłem wikarym w Stanach k. Bojanowa, a następnie przez trzy miesiące pracowałem w parafii św. Józefa w Nisku. Stąd, za zgodą ówczesnego ordynariusza bp. Wacława Świerzawskiego, wyjechałem na misję do Rosji. Tam na początku byłem wikarym w Kursku i Niżnym Nowogrodzie, aby ostatecznie zostać proboszczem w Kirowie – półmilionowym mieście położonym tysiąc kilometrów na północny wschód od Moskwy. Pracuję tam już od siedmiu lat.

Na początku parafia pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kirowie liczyła zaledwie pięciu wiernych, obecnie jest ich siedemdziesięciu. Trzydziestu z nich to Polacy, z których zaledwie trzech (starsze osoby) mówi w języku ojców. Ks. Grzegorz Zwoliński próbuje odrodzić w parafii polskie zwyczaje i tradycje. Chętni uczą się też polskiego języka; od pięciu lat przyjeżdża do nich polonista z Warszawy.

Niestety parafianie nie mogą odzyskać kościoła odebranego im przez władze komunistyczne. Obecnie mieści się w nim… sala koncertowa. Za słoną opłatą za wynajem świątyni udało im się odprawić zaledwie kilka Mszy. Pierwszą 31 sierpnia 2003 roku z okazji jubileuszu 100-lecia budowy kościoła – uczestniczył w niej między innymi bp Edward Frankowski; drugą – w dniu pogrzebu Jana Pawła II.

– Obecnie – mówi ks. Grzegorz – wraz z pojawieniem się nowego gubernatora, młodego, otwartego i życzliwego człowieka, odżyły nasze nadzieje na odzyskanie świątyni. Chociaż sprawa na pewno nie będzie łatwa. Na razie mamy przynajmniej obiecaną możliwość odprawiania za darmo dwóch Mszy w roku.

Ks. Grzegorz Zwoliński żyje też projektem stworzenia w Kirowie Centrum Miłości Miłosiernej im. Jana Pawła II. Jego hasłem przewodnim jest „Aby ze śmierci zrodziło się życie”. W centrum ma się mieścić dom samotnej matki, ośrodek rehabilitacji dla dzieci niepełnosprawnych oraz hospicjum dla osób starszych. Zgodę na jego budowę wydał już metropolita moskiewski abp Tadeusz Kondrusiewicz, a metropolita krakowski kardynał Stanisław Dziwisz przeznaczył na ten cel papieski ornat.

za: www.wiara.pl